ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach grudzień 2025 nr 325

28 Pro Medico grudzień 2025 w przeciwieństwie do lekarzy z miasta, których traktowano z rezerwą lub nieuf- nością. ZNACHOR ZNACHOROWI NIERÓWNY Tak jak lekarze w miastach, tak znacho- rzy na wsiach mieli swoje „specjalizacje”. Babki zajmowały się „leczeniem” chorób kobiecych i były odpowiedzialne za poro- dy. Szeptuchy „leczyły” uroki, strach czy bezsenność modlitwą i zaklęciem. Ich rytuały łączyły elementy religii chrześci- jańskiej i dawnych wierzeń. Specjaliza- cją owczarzy było składanie złamanych kości, nastawianie wszelkich skrzywień i pęknięć. Za „leczenie dentystyczne” odpowiadali natomiast kowale – głównie zajmowali się wyrywaniem zębów, gdyż dysponowali całym arsenałem odpo- wiednich cęgów i innych narzędzi. Nato- miast znachor stanowił elitę ludowych przedstawicieli – był kojarzony głównie z chorobami wewnętrznymi. Miał ogrom- ny posłuch, bo diagnozował choroby na podstawie objawów zewnętrznych, analizy moczu, skóry, włosów, tempera- tury ciała czy wybroczyn skórnych. Każdy z nich miał swoje metody leczenia. Pół biedy, kiedy ordynował zioła w posta- ci naparów, maści czy innych mikstur. Nikomu raczej nie szkodził rumianek (działanie przeciwzapalnie i uspokajają- ce), mięta i koper włoski (na dolegliwości żołądkowe), piołun (przeciw pasożytom) czy kora wierzby (naturalny prekursor aspiryny). MAGIA I ZABOBONY Problem zaczynał się wtedy, gdy zaczyna- ło brakować wiedzy, a znachor popadał w fanatyzm i zabobon. Chyba każdy z nas pamięta scenę z noweli Bolesława Prusa „Antek”, kiedy to do chorej Rozalki, leczo- nej bez skutku „szturchańcami i wódką z piołunem”, zostaje wezwana znachor- ka, która wierząc w oczyszczającą moc ognia, nakazuje umieścić dziewczynkę w rozgrzanym piecu na „trzy zdrowaśki”... Sytuacja nie wyglądała też dobrze, kiedy znachor wyznawał atawistyczne prze- konanie, że w ciele zmarłego nadal tkwi część jego siły życiowej, która uzdrawia. I tym sposobem trupi dotyk leczył potli- wość, wrzody i reumatyzm. Na Wileńsz- czyźnie na ból zęba stosowano drzazgę z trumny, a na Śląsku w tym samym celu, a nawet w leczeniu epilepsji, stosowano gwoździe trumienne. W Poznańskiem ziemia z cmentarza chroniła przed febrą i suchotami, w Kieleckim natomiast naparem z takiej ziemi leczono wszystko. Choć z dzisiejszej perspektywy te metody wydają się absurdalne, to w świadomości ówczesnych mieszkańców wsi stanowi- ły logiczne przedłużenie przekonania o istnieniu „siły życiowej” przenikającej świat żywych i umarłych. Nie gardzono kałem, uryną czy padliną – na tym jednak poprzestańmy. PSYCHOLOGIA ZAUFANIA Fenomen znachorów opierał się przede wszystkim na społecznym zaufaniu i wie- rze, że„uzdrowiciel”otrzymał dar leczenia od Boga. W przeciwieństwie do leka- rzy miejskich, często postrzeganych jako obcych i nieprzystępnych, znachor był „swoim człowiekiem” – mówił tym samym językiem, rozumiał realia życia wiejskiego i nie wymagał opłat w pienią- dzu. Ludzie na wsiach panicznie bali się lekarzy. Poniekąd lekarze sami byli sobie winni. Mówili innym językiem, diagnozo- wali chorobę używając nieznanych, trud- nych określeń: chłop już nie chorował na urok, przestrach czy kołtun, za to cier- piał na niedrożność jelit, infekcję dróg oddechowych czy krztusiec. Lekarz prze- pisywał nieznane leki: proszki, pigułki, po które należało jechać do pobliskiego miasteczka i kupić w aptece. A już nie daj Boże wysyłał pacjenta do szpitala. Szpital kojarzył się źle, jako mit szybkiej śmierci lub... bankructwa. Wynikało to głównie z tego, że mieszkańcy wsi zgłaszali się po profesjonalną pomoc zbyt późno i zaawansowany stan choroby nie pozwa- lał na jej wyleczenie, co z reguły prowa- dziło do zgonu. Dla osoby, która nie miała ubezpieczenia leczenie szpitalne było niezwykle kosztowne. Według przed- wojennego działacza ruchu ludowego Ignacego Solarza, chłop za„przyjazd leka- rza do domu i poradę płacił cielęciem, za przyjazd do ciężkiego porodu krową lub koniem, a za dłuższe leczenie szpital- ne całą posiadaną ziemią”. Nic dziwnego, że mawiano: „Zachowaj, Panie, od łaski lekarzy i rachunków aptekarzy”. NIETYKALNI Barierą była także kultura i mentalność. Lekarze odnosili się z wyższością do wiej- skich pacjentów, nie tłumaczyli przyczyn choroby, narzucali konieczność kolejnych wizyt, nie respektowali (bo nie rozumieli) wiejskiego stylu życia, w którym odpoczy- nek i rekonwalescencja po chorobie była nieosiągalnym luksusem. W sytuacjach konfrontacji z nieodwracalnymi skutkami terapii uzdrowiciela, pomstowali na nie- go, przez co podważali chłopską wiarę i przekonania w umiejętności znachora. A ten był na wsi nietykalny. Nawet jak popełnił błąd w sztuce, rodzina wychodzi- ła z założenia, że tak chciał los. Sądzono też, że znachor może zarówno uzdrawiać, jak i sprowadzać chorobę – stąd lęk przed jego gniewem. Choć znachorstwo często kojarzy się z szarlatanerią, to wiele metod, których używali uzdrowiciele ludowi, mia- ło sens. Jeżeli znachor miał podstawową wiedzę medyczną (znachorami bywali wojskowi felczerzy) to bywał skuteczny, przez co zyskiwał sławę i rozgłos. Dużą rolę odgrywała też budowana przez nich legenda oparta na tajemniczości dotyczą- cej pochodzenia czy metod leczenia. Prak- tyka znachorska mogła także być przeka- zywana pokoleniowo np. z ojca na córkę czy syna. Z drugiej strony nie brakowało też praktyk opartych na wierzeniach – woskowych figurek, modlitw, zaklęć czy „zdejmowania uroku”. Takie leczenie mia- ło więc wymiar psychologiczny: znachor potrafił uspokoić chorego, dać mu nadzie- ję, a to samo w sobie bywało skuteczne – sukces wynikał z efektu placebo i autory- tetu, jakim się cieszyli. POST SCRIPTUM Znachorzy w dwudziestoleciu między- wojennym byli symbolem swojej epoki. Z jednej strony reprezentowali przeszłość – ludową mądrość, religijność i lokalne tradycje, z drugiej zaś stanowili dowód na niedostatki państwa i ówczesnego sys- temu opieki zdrowotnej. Nie byli jedynie ludźmi, którzy „leczyli po swojemu”, lecz również symbolem wiary w moc natury, tradycji i słowa. Ich działalność balanso- wała między pomocą a ryzykiem, między wiarą a nauką. W czasach, gdy lekarz był luksusem, a choroba – codziennością, zna- chor dawał ludziom to, czego nie mogło zapewnić państwo: nadzieję, zrozumienie i bliskość. Powojenna ustawa o zawodzie lekarza wprowadziła możliwość stosowa- nia sankcji karnych wobec osób nieposia- dających uprawnień do leczenia. Z jednej strony ukróciło to proceder znachorstwa, z drugiej jednak sprowadziło go do pod- ziemia. Na niektórych obszarach – zwłasz- cza Podlasia, Lubelszczyzny i Podkarpacia – znachorstwo utrzymywało się jeszcze do lat 80. XX wieku. Znachorstwo to zjawi- sko, które nigdy nie znika, lecz nieustannie ewoluuje, dostosowując się do nowych warunków społecznych i kulturowych. W erze globalnej cyfryzacji i powszechne- go dostępu do informacji jego współcze- sną formą stają się niestety internetowi „uzdrowiciele”, influencerzy zdrowotni czy samozwańczy eksperci od terapii natural- nych. Współczesne przeciwdziałania zna- chorstwu mają charakter wieloaspektowy – obejmują regulacje prawne, kontrolę instytucjonalną oraz działania edukacyj- ne. Państwo, poprzez przepisy o zawodzie lekarza oraz projekt nowelizacji ustawy o prawach pacjenta tzw. „lex szarlatan”, chroni pacjentów przed nieuprawnionymi praktykami medycznymi. Coraz większą rolę odgrywa także edukacja zdrowot- na i weryfikacja informacji w internecie, które uczą krytycznego myślenia i zaufa- nia do medycyny opartej na dowodach naukowych. Ostatecznie jednak najsku- teczniejszym środkiem walki z szarlatane- rią pozostaje świadomy pacjent – potrafią- cy odróżnić wiedzę naukową od pseudo- medycznych obietnic.

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5